Logowanie
Rejestracja
  * *
* *
   
Chcę przystąpić do społeczności:
Resetowanie hasła

Sapitwa, czyli nie idź tam!

25 czerwiec 2010 08:48:07 | Joanna Pszonka;

Podczas miesięcznej podróży po wschodniej Afryce dotarliśmy do południowego krańca Wielkich Rowów Afrykański w Malawi. To tam strzeliście wznosi się trzytysięczny masyw Mulanje. Ten granitowy masyw usłany jest dziesiątkami szczytów, oferując tym samym widokowe trasy trekkingowe oraz ciekawe możliwości wspinaczkowe. Dziewięć schronisk i kilometry szlaków na jego terenie zapraszają do górskich wędrówek. Podobnie jak lokalni przewodnicy, którzy na co dzień zajmują się uprawą herbaty.

 

Tekst: Joanna Pszonka

Fotografie: Adam Domagała

 

Przekraczając granicę z Mozambikiem, wjeżdżamy do Malawi od strony południowo-wschodniej. Jest około trzynastej, gorąco i tłoczno. Wśród tłumu jesteśmy jednymi osobami, które poruszają się samochodem. Prawie wszyscy jeżdżą tutaj rowerami, przewożąc na nich najprzeróżniejsze przedmioty. Wśród rowerzystów przemykają kobiety, które z gracją i wdziękiem noszą na głowach ogromne bagaże.

Zielono mi

Jedziemy powoli i odnosimy wrażenie, że droga ta rządzi się własnymi prawami, według których kierowcy samochodów muszą ustąpić wszystkim i wszystkiemu. Po pewnym czasie oswajamy nasze oczy i uszy z męczącym gwarem. Zaczynamy rozglądać się nieco dalej niż tylko na kilkumetrowy skrawek asfaltu przed nami. Jesteśmy zaskoczeni wszędobylską zielenią, która dominuje w malawijskim krajobrazie. Przecież jeszcze przed chwilą w Mozambiku oglądaliśmy czerwone ziemie, a z szyb samochodu i naszych twarzy wycieraliśmy brunatny pył.

- To plantacje herbaty - tłumaczy mi Adam.

Tłum powoli znika, co pozwala nam w pełni cieszyć się nieprawdopodobnymi widokami. Co jakiś czas mijamy tabliczki, a czasami okazałe billboardy z nazwami pobliskich herbacianych plantacji. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów od granicy dojeżdżamy do wioski Mulanje (czyt. mulandżi). Miejscowość ta położona jest u stóp skalistego masywu o tej samej nazwie. Jeden z jego wierzchołków - Sapitwa - stanowi najwyższy punkt w Malawi, osiągając 3001 metrów n.p.m. W wiosce szukamy miejsca, w którym rozbijemy namiot. Chcemy zdążyć przed zmierzchem, bo zmrok zapada tutaj już przed osiemnastą. Pozwolenie na rozbicie namiotu otrzymujemy na polu golfowym. Zatrudnieni tu miejscowi ludzie opowiadają nam o trekkingach po Masywie Mulanje. Podobno poprzecinany jest on licznymi szlakami.

- Gdyby spróbować wszystkie je przejść, zajęłoby to ponad miesiąc - podkreślają z dumą.

Przekonują nas też, że warto wziąć z sobą przewodnika, ponieważ szlaki w wyższych partiach masywu są bardzo słabo oznakowane. Oferują też pomoc w znalezieniu odpowiedniej osoby, z którą ustalimy szczegóły trekkingu. Nie zastanawiając się zbyt długo, zgadzamy się na ich propozycję. W efekcie po kilku godzinach spotykamy młodego chłopaka o imieniu Goeffrey, który przedstawia nam plan trasy oraz cennik. Umawiamy się z nim następnego dnia koło sklepu o godzinie siódmej rano.

Wieczorem siedzimy przed namiotem w śpiworach, bo jednak jest trochę chłodno. Patrzymy na masyw, którego skaliste ściany ze wszystkich stron bardzo stromo i wysoko wspinają się ponad herbaciane plantacje. Z tej perspektywy wydaje się on taki niedostępny.

- Jutro tam będziemy - uśmiecham się w stronę Adama.

Szkolny urlop

Następnego dnia wszystko idzie zgodnie z planem. Spotykamy się w umówionym miejscu. W pobliskim sklepie kupujemy jedzenie na trzy dni trekkingu. Pakujemy plecaki i … Pomimo, że zabraliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, są one bardzo ciężkie. Zastanawiamy się więc, które z nich wyciągnąć. Ostatecznie rezygnujemy z ręcznika i części jedzenia. Znacząco ograniczamy też zapasy wody, którą podobno można uzupełniać po drodze ze strumyków.

Goeffrey proponuje nam pomoc swojego kolegi, który mógłby zostać naszym tragarzem. Początkowo niechętnie kręcimy głowami na ten pomysł, ale po chwili zastanowienia zgodnie przyznajemy, że łatwiej będzie się szło bez nadmiaru kilogramów na plecach. W czasie gdy my załatwiamy, formalności związane z wejściem na teren parku Masywu Mulanje, nasz przewodnik idzie szukać tragarza, nazywanego tutaj po prostu porterem.

Trekking rozpoczynamy około godziny dziewiątej. Początkowo ścieżka prowadzi między niewielkimi, ale murowanymi domami. Na podwórkach bawią się dzieci. Ich obecność budzi mój niepokój:

- Dlaczego te dzieci nie są w szkole? Przecież widziałam, że macie tu szkołę. Mijaliśmy ją dziś po drodze – zagaduję naszego przewodnika.

Goeffrey przystaje i zastanawia się:

- Być może nie mają mundurków szkolnych - odpowiada. A po chwili dodaje: - Albo mają urlop.

- Urlop? W szkole? Dzieci? – jestem całkowicie zaskoczona jego odpowiedzią.

- No tak. U nas w Malawi dzieci bardzo często biorą urlop w szkole, żeby pomóc rodzicom w pracach domowych, w wychowaniu młodszego rodzeństwa albo by wspomóc ich finansowo, podejmując dorywcze prace – spokojnie wyjaśnia nam chłopak.

Po chwili opuszczamy wioskę. Wijąca się wśród sosnowego lasu ścieżka od samego początku prowadzi ostro pod górę. Z naprzeciwka nieustająco nadciągają miejscowi. Wszyscy, bez wyjątku, uzbrojeni są w różnej wielkości maczety. Niektórzy na barkach dźwigają ogromne pnie drzew. Jednego z nich pytamy, ile waży takie drzewo.

- Około 50 kilogramów - odpowiada z uśmiechem, idąc dalej.

Niebezpieczny kominek

Ścieżka ciągle stromo pnie się w górę, ale nie robimy przerw na odpoczynek. Nasz przewodnik idzie jako pierwszy, utrzymując jednostajne tempo. Słońce intensywnie świeci, ale jego uciążliwe działanie niweluje chłodny wiatr. Lepszej pogody na wędrówkę nie mogliśmy sobie wymarzyć.

Po kilkugodzinnym marszu zauważamy, że zapas wody, który wzięliśmy ze sobą, zdecydowanie się zmniejszył. Musimy znaleźć jakiś strumyk. Nasi współtowarzysze znają kilka źródeł wody w okolicy i zapewniają nas, że przy najbliższym na pewno się zatrzymamy. Gdy docieramy do niewielkiego strumyka, obok którego rośnie drzewo cedrowe, napełniamy butelki. Jesteśmy ponad sosnowym lasem. Panorama, która prezentuje się nam w całej okazałości, jest naprawdę piękna. Z tej wysokości widzimy, że duże tereny lasu są podpalane, a następnie wycinane. Teraz już wiemy skąd miejscowa ludność wynosi te ogromne pnie.

Po krótkim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Tym razem, dla odmiany, trasa przebiega zupełnie płasko. Mamy więc czas na uspokojenie oddechów.

- I tak będzie przez najbliższą godzinę – mówi Goeffrey.

Maszerując, opowiadamy naszym towarzyszom o polskich górach, a także o tłumach turystów na tatrzańskich szlakach.

- Idziemy już prawie cztery godziny i nie spotkaliśmy ani jednego turysty. W naszych górach przy tak słonecznej pogodzie to byłoby niemożliwe - tłumaczymy Malawijczykom, chcąc uświadomić im, w jak niesamowitym miejscu żyją.

- Duże tłumy na szlakach oznaczają duże pieniądze - odpowiada małomówny do tej pory porter. - Dzięki temu dużo ludzi ma u Was pracę - dodaje.

I trudno się z nim nie zgodzić.

Płaski odcinek szlaku mija bardzo szybko. Teraz ponownie będziemy szli pod górę. Droga, która prowadzi między skałami, jest słabo widoczny, a miejscami w ogóle zanika. Roślinności jest coraz mniej - sawannowe zarośla ustępują miejsca wysokogórskim bylinom, które zachwycają nas swym wyglądem. Co kilka minut zatrzymujemy się przy nowych, często dziwnie wyglądających kwiatach, liściach i krzakach, aby zrobić kolejne fotografie.

Około piętnastej dochodzimy do usytuowanego najbliżej szczytu Sapitwa schroniska Chisepo Hut (2219 m n.p.m.), jednego z dziewięciu znajdujących się w Masywie Mulanje. To tutaj będziemy dziś nocować.

Kompleks składa się z dwóch drewnianych domków. Jeden z nich zajmują przewodnicy i porterzy, a drugi turyści. Na werandzie naszego domku witają nas uśmiechnięte twarze tych, którzy dzisiaj zdobyli szczyt – pary Irlandczyków i chłopaka z Belgi. Są bardzo zmęczeni, ale szczęśliwi. Odpoczywają, podziwiając widoki na odległe wioski i herbaciane plantacje u podnóża zdobytego przez nich masywu. Dołączamy do nich, ale niestety zrywa się silny wiatr i powietrze staje się nieprzyjemnie mroźne. Wszyscy wchodzimy więc do schroniska.

W drewnianej chatce wydaje się być przytulnie. Na środku pomieszczenia stoi kominek, a przy nim suche drewno, duży blaszany czajnik i beczka z wodą. Znajdujemy dla siebie materace i rozpalamy ognisko. Czas na posiłek w proszku i ogrzanie zziębniętych kończyn. Przez uchylone drzwi obserwujemy palące się w oddali ogniska. Sielankę przerywa dym, wydobywający się ze źle skonstruowanego kominka, który zamiast wychodzić na zewnątrz, rozprzestrzenia się po całym pomieszczeniu. Jesteśmy jednak na tyle zmęczeni, że zasypiamy w okamgnieniu. W końcu następnego dnia planujemy wstać o świcie.

Walka z wiatrem

Ambitne plany pobudki o szóstej nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. Nikomu z nas nie chce się tak wcześnie wychodzić z ciepłego śpiwora. Za oknem słychać porywisty wiatr, a w środku wszystko, łącznie z jedzeniem, pokryte jest sadzą, pochodzącą ze źle funkcjonującego kominka. Kwadrans na mobilizację i wstajemy jako pierwsi. W końcu to my chcemy dzisiaj zdobyć szczyt. Pozostali już tam byli, więc zasłużenie mogą pozwolić sobie na nieco dłuższe leniuchowanie. Około godziny siódmej, zaopatrzeni jedynie w wodę i drobne przekąski, całą naszą czwórką wyruszamy w stronę szczytu.

Szlaku zupełnie nie widać. Od czasu do czasu mijamy, co prawda, poukładane z kamyków piramidki, ale gdy ktoś nie zna trasy, nie są za bardzo pomocne. Teraz rozumiemy, dlaczego wszyscy tak bardzo zachęcali nas do wzięcia przewodnika. Dzisiejszy trekking jest bardzo urozmaicony. Nie dość, że ściany skalne, po których idziemy, są niezwykle strome, dodatkowo co chwila przeciskamy się przez wąskie szczeliny i przechodzimy między ogromnymi głazami, przyjmując przy tym najróżniejsze pozycje – jak komu wygodnie. Na tym odcinku niezwykle pomocny jest Goeffrey, który pilnuje, byśmy bezpiecznie pokonali wszystkie przeszkody.

Szczytu nie widzimy wcale. Nie potrafimy więc określić, jak długo przyjdzie nam jeszcze do niego iść. Sprawa jest o tyle trudna, że o czasie pokonywania drogi na Sapitwę słyszeliśmy masę różnych opinii. Niektórzy mówią, że w obie strony trzeba iść przez cztery godziny, inni że osiem, ale są też tacy, którzy twierdzą, że potrzeba dziesięciu.

- Będziemy musieli się o tym przekonać na własnej skórze - słyszę głos Adama.

Mozolnie podążamy za przewodnikiem. Najgorsza jest walka z wiatrem. Im wyżej się bowiem znajdujemy, tym bardziej staje się on porywisty. Tempo marszu spada niemal do zera.

W pewnym momencie nasz przewodnik zatrzymuje się nad jedną z przepaści i mówi:

- Tam w dole jest granica między Malawi a Mozambikiem. To, co jest brązowe, należy do Mozambiku, a to, co zielone, do Malawi

Ignorujemy porywisty wiatr i zatrzymujemy się na chwilę, by z góry popatrzeć na sąsiadujące ze sobą państwa: Malawi z zielonymi plantacjami herbaty i Mozambik pokryty brunatną ziemią. A potem szybko ruszamy dalej pod górę.

Wreszcie, po ponad dwugodzinnej, intensywnej wędrówce widzimy szczyt. Wiatr jest tak silny, że z trudem utrzymuję się na skałach. Zaczynam iść na kolanach, podtrzymuję się rękami, ale niewiele to pomaga. Widzę, że chłopaki też mają problemy z utrzymaniem równowagi, ale przynajmniej ich nie porywa. W końcu wdrapujemy się na wąski wierzchołek, w który wmurowany jest metalowy słupek. To koniec naszej wędrówki. Udało się!

Chcemy zrobić zdjęcia, ale chwilowo jest to niemożliwe, ponieważ wiatr nabiera już takiej siły, że wszyscy kurczowo trzymamy się słupka, łapiąc równowagę. Czekamy kilka minut, by podmuchy nieco osłabły.

Gdy w końcu się uspokaja, robimy parę zdjęć i szybko ruszamy z powrotem w dół.

- Nie ma co czekać, odpoczniemy w spokojniejszym miejscu - mówi przewodnik.

Po kwadransie zatrzymujemy się przy pierwszej, zacisznej szczelinie skalnej. Dopiero teraz możemy okazać radość ze zdobytego szczytu.

Tajemnicza nazwa

Zejście okazuje się bardziej męczące niż wejście. Problemem są głównie skały, po których zmuszeni jesteśmy chodzić. Są strome i gładkie. Wykorzystujemy więc wymyte przez wodę niewielkie nierówności, zaczepiając buty tak, by nie ześlizgiwały się w dół. Przed godziną trzynastą meldujemy się z powrotem w schronisku. Mamy tak dużo czasu, że moglibyśmy jeszcze dzisiaj przed zmierzchem wrócić do wioski. Szkoda nam jednak, aby opuszczać góry. Siedzimy więc na werandzie naszej chatki i zastanawiamy się, co zrobić z resztą dnia.

- A może macie ochotę spędzić tę noc w Chambe Hut? - proponuje nasz porter. - To naprawdę urocze schronisko, położone tylko trzy godziny drogi stąd - zachęca.

Pomysł przypada nam do gustu. Zjadamy więc szybko posiłek, pakujemy czarny od sadzy ekwipunek i ruszamy w stronę schroniska.

Chambe Hut (1860 m n.p.m.) pomimo, że przypomina nasz poprzedni nocleg, jest miejscem zdecydowanie czystszym, większym, przytulniejszym i, co najważniejsze, wyposażonym w sprawnie działający kominek. Budynkiem opiekuje się stary Malawijczyk, który mieszka w małym, drewnianym domku tuż obok schroniska. Bardzo się nam tu podoba.

Po zmierzchu dołączają do nas kolejni wędrowcy - dwie kobiety i mężczyzna z RPA. Do Malawi przyjechali na motorach i, aby trochę odpocząć od ciągłego jeżdżenia jednośladami, postanowili pochodzić w górach. Przyrządzamy kolację i znowu wszyscy skupiają się przy kominku. Rozmawiamy o górach i podróżach.

- Goeff – zwracam się do naszego przewodnika – Sapitwa nie jest chyba angielskim słowem. Czy zatem pochodzi ono z Twojego rodzimego języka chichewa (czyt. cziczęła)? - rzucam w jego stronę.

 Chłopak uśmiecha się i potwierdzająco kiwa głową.

- A co oznacza? -  pytam dalej.

- Nie idź tam! – odpowiada, śmiejąc się Goeffrey.

A my już wiemy, dlaczego nie powiedział nam o tym wcześniej.

Rano wychodzimy około szóstej. Słońce wspina się coraz wyżej - zapowiada się kolejny słoneczny i bezchmurny dzień. Czterogodzinna trasa, którą wracamy do wioski, prowadzi wzdłuż wodospadów i przez to jest niezwykle malownicza.

Żegnamy się z porterem, a Goeffrey zabiera się z nami. Ma nas zaprowadzić na plantację, na której sprzedaje się herbatę. Chcemy jej kupić tak dużo, jak to tylko możliwe. W Polsce będzie nam przypominać o wspaniałych chwilach spędzonych w Malawi.

Informacje praktyczne

Trekking po Masywie Mulanje był częścią naszej miesięcznej podróży po Swazilandzie, Mozambiku i Malawi.

Dojazd

Koszt przelotu z Polski do Johannesburga (transfer w Londynie) – ok. 2 500 PLN/os. (bilet w obie strony).

Wypożyczenie samochodu (1 miesiąc) –  2 500 PLN.

Wizy

Obywateli Polski w Malawi obowiązują wizy. Koszt wizy jednokrotnego wjazdu wynosi 70 USD, koszt wizy wielokrotnego wjazdu wynosi 110 USD. Wizę można uzyskać w placówkach dyplomatycznych Malawi. W granicznych punktach kontroli można uzyskać jedynie dokument zezwalający na kilkudniowy pobyt w Malawi.

Pieniądze

Walutą Malawi jest kwacha (czyt. kłacza), MWK.

100 MWK = ok. 2 PLN.

Zdrowie

Zalecane szczepienia: WZW A i B (wirusowe zapalenie wątroby typu A i B), żółta febra, błonnica, tężec, polio, dur brzuszny. Ponadto w Malawi przez cały rok występuje zagrożenie malarią (poza terenami wysokogórskimi).

Noclegi

Mulanje Golf Club (camping) – 7,5 USD/os.

Chisepo Hut (schronisko górskie) – 5 USD/os.

Chambe Hut (schronisko górskie) – 5 USD/os.

Koszty trekkingu

- opłata za wjazd samochodu na teren parku – 500 MWK,

- opłata za postój samochodu – 300 MWK/3 dni,

- opłata za pobyt na terenie parku i dwa noclegi – 2500 MWK/2 os.,

- opłata przewodnika – 10 USD/1 dzień.

Dodatkowo trzeba doliczyć drobne napiwki dla opiekunów schronisk.

Wyżywienie

Popularnym posiłkiem, podobnie jak w innych afrykańskich krajach, jest gęsta papka z mąki kukurydzianej, nazywana tutaj nsima. W okolicach Jeziora Malawi główne pożywienie stanowią ryby. Ryba przyrządzona na ognisku, z ziemniakami i pomidorami – od 1000 MWK. Przykładowe ceny: woda 1,5l – 150 MWK, coca-cola – 50 MWK, piwo – od 150 MWK, chleb – 150 MWK, masło – 200 MWK, posiłek w restauracji lub pizzerii – od 800 MWK.

Przewodniki i mapy

Przewodnik „Malawi” wyd. Bradt – przewodnik jest bardzo szczegółowy.

Korzystaliśmy z mapy Malawi w skali 1:900 000, wydawnictwa ITMB, zakupionej przez Internet.