Logowanie
Rejestracja
  * *
* *
   
Chcę przystąpić do społeczności:
Resetowanie hasła

Malowidła naskalne Afryki południowej - Tsodilo Hills i Twyfelfontain

17 luty 2010 13:11:36 | Joanna Pszonka;

Na pozór nudna, monotonna krajobrazowo, półpustynna Botswana nie przyciąga wielu miłośników podróży. Trudności w przemierzaniu niektórych dróg tego kraju tym bardziej skutecznie potrafią zniechęcić. Dla nas jednak był to jeden z powodów dla którego zdecydowaliśmy się właśnie tam dotrzeć.

            Pokonując przeszkody pustynno-sawannowego terytorium odkrywaliśmy miejsca, których piękno, a często niezwykłość, rekompensowały godziny spędzone w temperaturze ponad 50°C podczas wykopywania samochodu z niekończących się piasków. Tym sposobem, przy okazji podglądając życie ludzi i zwierząt, dotarliśmy do usytuowanych w północno-zachodniej części Botswany wzgórz zwanych Tsodilo Hills. Niewysoki, liczący 1400 m n.p.m., kompleks skalny Tsodilo znajduje się w miejscu, które w dwóch słowach można opisać jako „koniec świata”. To tam kończą się drogi, to tam nielicznie występują ostatnie wioski tego państwa, a dostępne w sprzedaży mapy tego terytorium nie zgadzają się z rzeczywistością.

            Zanim zbliżyliśmy się do Tsodilo na naszej drodze pojawiła się zamknięta brama z  dużym napisem informującym, że są to góry Bogów. Po upewnieniu się, że w pobliżu nie ma nikogo kto mógłby udzielić pozwolenia na wjazd, postanowiliśmy sami otworzyć ciężką bramę, cały czas rozglądając się i zastanawiając czy przypadkiem nie naruszamy czyjejś prywatności. Do podnóża „hillsów” dotarliśmy w godzinach południowych, a ponieważ był październik – w tej części świata jeden z najupalniejszych miesięcy, palące słońce mocno dawało się nam we znaki. Usiedliśmy w cieniu skał wyczekując siedemnastej; godziny w której słońce nie jest już tak uciążliwe. Po godzinie, wyczerpaniu upałem i znudzeni czekaniem, zaczęliśmy szukać malowideł naskalnych, o których przeczytaliśmy w przewodniku. Idąc wolnym krokiem, usiłując doszukać się jakichkolwiek kształtów na powierzchni skał, zauważyliśmy niewielki budynek. Gdy podeszliśmy do niego bliżej ukazał się nam napis UNESCO oraz grupka osób siedzących w cieniu tak samo leniwie jak my jeszcze przed kilkunastoma minutami. Ludzie, którzy okazali się być mieszkańcami okolicznej wioski, nieco ożywili się na nasz widok. Usiedliśmy razem i pomimo, że nasi rozmówcy angielski znali bardzo słabo, z ciekawością słuchaliśmy tego co maja do powiedzenia. W międzyczasie podsunęli nam zeszyt, do którego wpisaliśmy nasze imiona i nazwiska oraz nazwę kraju z którego pochodzimy. Tego dnia byliśmy pierwszymi gośćmi i jak się później okazało jedynymi. Nowi znajomi wytłumaczyli nam, że zdarzają się dni w które nikt ich nie odwiedza, ale czasami w „ich góry” przyjeżdża nawet dziesięcioosobowa grupa.

            My najbardziej zainteresowani byliśmy historycznymi malowidłami, których na próżno usiłowaliśmy odszukać. Gdy temperatura obniżyła się o kilka stopni wyruszyliśmy z przewodnikiem (bo tak swoją rolę nazywała grupa siedząca pod budynkiem z napisem UNESCO) na kilkugodzinny trekking po wzgórzach. Nasz przewodnik, o imieniu Kumo, tego popołudnia zabrał nas do żeńskiej części Tsodilo. Wybór padł na żeńską część ponieważ kryła ona największą ilość malowideł. Przewodnik wyjaśnił nam, że w obrębie Tsodilo wyróżnia się poza tym część męską - najwyższą, część dziecięcą oraz najniższą bezimienną. Kumo żartował, że część bezimienna to „była żona” mężczyzny, który porzucił ją i założył nową rodzinę.

            Rysunki naskalne, które pokazywał nam Kumo zostały wykonane przez Buszmenów, czyli jego przodków, kilka tysięcy lat temu. Podobno najstarsze liczyły ponad 10 000 lat, jednak niszczące czynniki półpustynnego klimatu nie pozwoliły na ich przetrwanie. Najstarsze spośród tych, które można oglądać dzisiaj mają około 3 000 lat. Po pewnym czasie Kumo przyznał, że większość widocznych malowideł pochodzi już z naszej ery. Obrazki zazwyczaj malowane były za pomocą palców zamaczanych w specjalnie przygotowanej mazi składającej się z hematytu, węgla drzewnego, zwierzęcego tłuszczu, krwi, szpiku, białka z jaj, moczu oraz soku wyciśniętego z roślin. Autorzy malunków zazwyczaj rysowali zwierzęta, ponieważ utożsamiane one były z nadprzyrodzoną siłą. Były to głównie lwy, żyrafy, słonie. Zdziwienie nasze było niemałe gdy wśród typowo afrykańskich gatunków zobaczyliśmy pingwina. Skąd Buszmeni znali te zimnolubne, morskie gatunki? Niektórzy tłumaczą tą zagadkę wędrówką plemion. Dzięki tułaczce plemiona z Kalahari mogły docierać do zimnego Oceanu Atlantyckiego i tam spotykać te ptaki. Inni uważają, że zimne wody Atlantyku połączone były rzeką z kalaharyjskim obszarem. Niektóre osobniki pingwinów właśnie tą rzeką mogły dostać się w głąb lądu i znaleźć się w nietypowych dla nich warunkach. Kilka rysunków przedstawiało figury geometryczne o dziwnych kształtach. Zaczęliśmy dopatrywać się wśród nich zwierząt, śmiejąc się, że widocznie nie wszyscy było obdarzeni talentem plastycznym. Nasz przewodnik wytłumaczył nam, że są to wizje szamanów podczas transów.

            Byliśmy zachwyceni opowieściami przewodnika i najchętniej zostalibyśmy dłużej wśród skał, malowideł i barwnych opowieści. Zupełnie inne intencje miał sam Kumo, który tego wieczoru musiał pokonać na nogach kilka kilometrów, aby dotrzeć do swojej wioski. Stojąc na jednym z wyniesień obserwowaliśmy zachód słońca i, wydawałoby się, zasypiającą sawannę Kalahari, w której tak naprawdę dopiero budziło się życie. Żegnając się z przewodnikiem umówiliśmy się na kolejny dzień, o świcie. Ustaliliśmy, że wyjdziemy na najwyżej położony punkt Tsodilo.

            Rozbiliśmy namiot i zmęczeni zasnęliśmy. Przez całą noc wiał silny wiatr i co jakiś czas budziły nas podchodzące do namiotu zwierzęta. Za każdym razem przekonywaliśmy siebie nawzajem, że to na pewno kozy i tym sposobem szybko zasypialiśmy.

             Rano o umówionej godzinie i w umówionym miejscu spotkaliśmy się z Kumo. Po krótkim przywitaniu szybko ruszyliśmy w drogę ponieważ zależało nam aby z góry obserwować wschód słońca. Najpierw wąską ścieżką, aż w końcu na skróty, na przełaj wspinaliśmy się na najwyższy wierzchołek Tsodilo. Już prawie go osiągnęliśmy, gdy słońce wyskoczyło ponad horyzont. Ogromna pomarańczowa kula wznosiła się coraz wyżej i wróżyła jedno – upał. Z powodu upałów sawanna była zagrożona pożarami. Stojąc tam, z oddali widzieliśmy szybko rozprzestrzeniający się ogień i kłęby dymu. Kumo widząc nasze zainteresowanie tym widokiem wyjaśnił, że ogień to zagrożenie nie tylko dla zwierzą. Bardzo często z żywiołem nie radzą sobie ludzie. Jako przykład opowiedział na historię swoich krewnych, którzy kilka lat temu stali się ofiarą pożaru.

            Zapatrzeni w scenerię otoczenia, siedzieliśmy w trójkę bez słowa i dopiero mocniej przygrzewające słońce przypomniało, że czas wracać. Gdy zeszliśmy na dół wszyscy przewodnicy byli już w pracy i chociaż nie było ani jednego turysty chcącego skorzystać z ich usług spokojnie, w cieniu czekali. Pożegnawszy się przewodnikami Tsodilo Hills, a szczególnie z Kumo, odjechaliśmy w dalszą podróż.

            Rękodzieła naskalne są bardzo popularną formą ekspresji ludów Afryki południowej. Najciekawsze skupiska tych arcydzieł wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO i ciągle odkrywane są nowe.

            Kolejnym krajem, który chcieliśmy zwiedzić podczas tej podróży była Namibia. Namibia, w przeciwieństwie do Botswany, to urozmaicone terytorium: góry, kaniony, największe na świecie wydmy, ocean, ... Wśród tylu różnorodnych form przyrody każdy znajdzie coś dla siebie. Minusem przepięknego, namibijskiego obszaru jest duża i ciągle zwiększająca się liczba turystów. Przybywając do Namibii chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. Zachęceni tym co widzieliśmy w Tsodilo Hills, postanowiliśmy, że tutaj też poświęcimy trochę jakże cennego czasu na podziwianie naskalnej sztuki plemion sprzed kilku tysięcy lat. Postawiliśmy krzyżyk na mapie przy nazwie Twyfelfontein w górach Damaralandu, ponieważ tam, jak rozpisują się liczne przewodniki, jest możliwość podziwiania podobno najpiękniejszych petroglifów, czyli wyrytych w skale rysunków. Szutrową drogą, mijając co jakiś czas samochody turystów dotarliśmy na miejsce. Mocno wierzyliśmy w to, że powtórzymy przygodę z Tsodilo, że poznamy równie sympatycznych ludzi i zdobędziemy kolejne niezapomniane wrażenia.

            Od samego początku, tuż po przybyciu na miejsce zauważyliśmy, że wszystko wyglądała zupełnie inaczej niż w Botswanie. Wokół budynku skonstruowanego z różnych elementów beczek, kręcili się turyści. Po wejściu do beczkowego obiektu zostaliśmy przydzieleni do grupy i przewodnika. Przewodnik, ubrany w zielony uniform, przedstawił się i zapytał jaką chcemy wycieczkę, skróconą trwającą pół godziny? czy rozszerzoną wersję, trwającą 45 minut? Wszyscy zgodnie wybrali rozszerzony wariant, ale nam i tak wydawał się krótki. Przygotowani na kolejny trekking wyruszyliśmy. Już po kilku krokach zatrzymaliśmy się przy tabliczce z numerem 1 i mogliśmy oglądać pierwsze wyryte w skale rysunki, które podobnie jak w Botswanie przedstawiały one zwierzęta. Gdy przewodnik, płynną angielszczyzną, powiedział kilka zdań na temat rzeźbień ruszyliśmy dalej. Jednak po kilku krokach zatrzymaliśmy się ponownie, przy kolejnym numerku. Mieliśmy wrażenie, że z myślą o turystach powierzchnie skalne z rękodziełami zostały przyniesione w jedno miejsce, tak aby stojąc w miejscu można było je podziwiać. Chodziliśmy od stanowiska do stanowiska dosyć szybkim tempem, gdy przewodnik otrzymał informację przez krótkofalówkę, że czeka na niego kolejna grupa. Od tej pory szybkie tempo zwiększyło się jeszcze bardziej. Po niespełna 25 minutach z powrotem staliśmy w budynku z beczek, a nasz przewodnik kolejnej grupie zadawał pytanie, czy wybierają rozszerzony, czy skrócony wariant wycieczki. A my mieliśmy do niego tyle pytań. Jedyne co nam pozostało to skorzystanie z niewielkiego muzeum, w którym znajdowały się głównie plansze opisujące geologię tego terenu. Wściekli i rozczarowani odjechaliśmy. Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się, usiedliśmy na poboczu drogi, otworzyliśmy mapę Namibii i za pomocą krzyżyków zaczęliśmy zaznaczać kolejne cele naszej wprawy – wydmy Pustyni Namib, góry Kaokolandu, Fish River Canyon. Po kilku narysowanych na mapie krzyżykach, nasze humory znacznie się poprawiły, ale zgodnie przyznaliśmy, że już do końca podróży będą towarzyszyli nam turyści, chcący na nas dobrze zarobić profesjonalni przewodnicy i cały komercyjny przemysł turystyczny.

Tekst: Joanna Pszonka

Fotografie: Adam Domagała

Artykuł opublikowany w czerwcowym numerze/ 2009 Magazynu Turystyki Górskiej "n.p.m."

 

Magazyn Turystyki Górskiej "n.p.m."